Kosmetyki

Piękna cera dzięki kuracji kwasami

Ostatnie dwa lata były dla mnie totalnie leniwe nawet pod względem kosmetycznym. A przecież zdawać by się mogło, że miałam tyle czasu, bo przecież siedziałam cały czas w domu, jednak to siedzenie w domu dobijało. Przestałam nakładać makijaż, bo i tak nigdzie nie wychodziłam, a jak trzeba było wyjść do sklepu to zebrać się nieraz nie mogłam, aby doprowadzić swoją twarz do porządku. I o ile makijaż robiłam średnio raz na tydzień- to wieczorną regularną pielęgnację zaniedbałam totalnie. Kremy, sera czy maseczki? Przestały peaktycznie dla mnie istnieć. Jedynie ten make up zmywałam czasami wieczorem, a czasami drugiego dnia żelem do twarzy lub wodą miceralną. Tyle.

Odkąd moja mlodsza pociecha poszła do żłobka to jestem zmuszona codziennie rano i po południu wyjść z domu, więc w końcu zaczęłam nakładać lekki makijaż regularnie i z samego rana, aby nie straszyć ludzi na ulicy i mieć na cały dzień z głowy tą czynność. I świetnie się to sprawdza, w końcu mam większą ochotę wyjść z domu i nie stanowi to dla mnie problemu, bo wystarczy tylko ubrać kurtkę i buty i można startować zamiast dopiero zaczynać się zbierać do wyjścia. Ale to w ogóle nie o tym miało być

Pierwsze kuracje kwasami

Wracając do tematu kwasów – zapoznałam się z nimi jakieś 4 lata temu, gdy próbowałam doprowadzić swoją skórę twarzy do porządku, a było z nią dosyć źle. Choć na szczęście daleko mi było do trądziku rożowawego czy zmian ropnych, to na moich policzkach pełno było dużych gulek czy grudek schowanych głęboko pod skórą, czasami pojawiały się też duże czerwone wypryski, które nie chciały się zbytnio goić. Zdecydowałam się wtedy udać do dermatologa, bo moja skora nie wyglądała tak źle nawet w czasach dojrzewania jak w wieku tych 27 czy 28 lat… Pan doktor polecił mi na początek delikatny krem z Avene z kawasmi owocowymi i łagodząco-nawilżający krem z firmy Eucerin. Nakazal przyjść ponownie, jakby nie podziałały. Więcej się do niego jednak nie wybrałam, bo delikatnie podziałały, przemyślałam jednak sprawę, doczytałam informacje na temat kwasów AHA i postanowiłam wytoczyć potężniejsze działo do walki z niedoskonałościami skóry.

Zamówiłam on-line koncentraty kwasów od polskiego producenta BingoSpa (ich sklep internetowy nadal funkcjonuje, a nawet rozrósł się znacząco od moich ostatnich zakupów! Można tam kupić pojedyńcze składniki kremów, co się całkiem opłaca, lub gotowe kosmetyki, choć ich cena moim zdaniem trochę boli).

Wygrzebalam dla Was nawet stare zdjecie z otchlani mojego komputera


I samodzielnie przeprowadziłam sobie miesięczną kurację powoli podnosząc stężenie. Na szczęście mam skórę mieszaną i niezbyt wrażliwą, więc skończyło się bez jakichkolwiek podrażnień, a po miesiącu zaczęłam cieszyć się w końcu normalną, gładką twarzą. Przeprowadzałam sobie jeszcze od czasu do czasu taki zabieg oczyszczania przez zimę, a potem zapomniałam o tych kwasach i że je w ogóle mam.

(Nie)zawsze świeci słońce

Ale żeby nie było tak pięknie, to i mały zwrot akcji – za jakiś rok, chyba wczesną wiosną wygrzebałam te buteleczki i stwierdziłam – o świetnie! Dawno nie robiłam, a się trochę wyprysów porobiło, to dawaj! – no i skończyło się plamą na czole na najbliższe 1,5 roku, bo nie używałam żadnego filtra UV… Odpuściłam temat kwasów, chodząc z śmieszną plamą na czole na szczęście dawała się ładnie schować pod podkładem

Kolejne podejście do kuracji kwasami

Dzisiaj jestem trochę mądrzejsza o tamte doświadczenia, a że jak wspomniałam w swoim przydługim wstępie, ostatnio zaniedbałam swoją cerę postanowiłam wrócić do tego tematu.

Wpadłam niedawno na filmik na yt od @loveandgeatshoes z polecniem kwasów od firmy The Ordinary,

Testujemy!

sprawdziłam na ich temat także opinie innych i widząc same pozytywne komentarze postanowiłam i ja spróbować, tym bardziej, że cena jest bardzo zachęcająca (pozwólcie, że ceny podam w euro, bo zamiawiałam na stronie deciem i obsługiwano mnie właśnie w euro). Tym razem zaopatrzyłam się przede wszystkim w krem przeciwsłoneczny z filtrem SPF 30 także tej marki (i był on w sumie najdroższy, bo kosztował aż 9,40 euro), a z kwasów wybrałam na codzień tonik z 7% kwasem glikolowym (8,70 euro), na 1-2 razy w tygodniu 10% kwas mlekowy z 2% kwasu hialuronowego (6,80 euro) i na raz w tygodniu, a potem w razie większej potrzeby majmocniejszy preparat – peeling z 30% AHA i 2% BHA (7,20 euro). Czyli całość wyszła mnie 32,10 euro, co w przeliczeniu wychodzi jakieś 130 zł. Chyba warto tyle zainwestować w swoją cerę?

Powoli testuję markę The Ordinary, ale już po 3 dniach widzę, że moja skóra reaguje pozytywnie, jak podczas poprzedniej kuracji preparatami firmy BingoSpa i zrobiła się zdecydowanie bardziej miękka niż na co dzień.

Podsumowując – kwasy serdecznie polecam, ale z głową dziewczyny! Przede wszystkim pamiętajcie o filtrach przeciwsłonecznych, nawet do tygodnia od ostatniego zastosowania kwasu. A na subiektywne opinie wyżej wymienionych produktów zapraszam za jakiś miesiąc, jak będę w stanie już coś więcej o nich powiedzieć


Edit:

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej o moim kolejnym podejściu do kosmetyków na bazie kwasów i kolejnej kuracji nimi zajrzyj do wpisu: Kwasy The Ordinary – subiektywna opinia.

#kwasy #theordinary #kwasglikolowy #kwasmlekowy #peeling #kwasyAHA #promiennacera

Jeden Komentarz

Dodaj komentarz