Kosmetyki,  Książki,  W wolnym czasie

„Skóra. Azjatycka pielęgnacja po polsku” – recenzja typowo subiektywna

Wprowadzenie

Jak wiecie ostatnio zaczełam uważniej przyglądać się pielęgnacji cery – wiecie, po 30. roku życia to już raczej mus, jeśli chce się uniknąć przedwczesnych zmarszczek i cieszyć się piękną skórą jak najdłużej. Zwykły krem pielęgnacyjny już nie wystarczy, żeby utrzymać cerę w dobrej kondycji, a wręcz wspomóc ją w walce z czasem.

Dlatego poszukując informacji o pielęgnacji na yt trafiłam na jedym z kanałów na polecenie tej oto książki jako biblii prawidłowej pielęgnacji. Stwierdziłam, że skoro jest tam „wszystko” to warto zainwestować 50 zł i mieć wszystkie istotne informacje zawsze pod ręką. Książka pod tytułem „Skóra. Azjatycka pielęgnacja po polsku” Barbary Kwiatkowskiej zawitała w mojej biblioteczce.

Okładka książki Barbary Kwiatkowskiej pt. „Skóra. Azjatycka pielęgnacja po polsku”

Na plus

Ponad 270 stron, porządnie zszyte i oprawione w miekką, ale klejoną i tłoczoną okładkę daje wrażenie dość porządnej książki. Sam projekt okładki dość infantylny, ale jak to mówią – nie oceniaj książki po okładce

Dla totalnego laika pozycja z pewnością warta polecenia. Przede wszystkim daje porządne podstawy do poznania ogólnej pielęgnacji, od odpowiedniego oczyszczania twarzy po trzy najważniejsze filary w pielęgnacji cery.

W każdym razie poszczególne rozdziały jasno mówią o kolejnych ważnych krokach w pielęgnacji skóry, można też znaleźć (to jest dla mnie najważniejsze!) nazwy istotnych składników zastosowanych w kosmetykach wg nazewnictwa INCI, więc bez problemu możemy sprawdzić czy np. nasz krem ma dane substancje w swoim składzie.

Na minus

Książka sama w sobie

Mimo zadowalającej grubości książki przeczytanie jej zajęło mi – uwaga! – dwa poranki… Ogólnie należę do osób bardzo szybko czytających, ale to nie powieść i niektóre informacje wymagały by przetrawienia i głębszego przemyślenia, jednak mało co mnie w tej książce zaskoczyło, więc przebrnęłam przez nią jak przez miękkie masło…

Kolejną rzeczą, która mnie zniechęciła – książka momentami wygląda jak tania gazeta – jakość papieru jest średnia, przez co większość ilustracji wygląda niczym w Fakcie czy SuperExpresie – po prostu paskudnie Ilość grafik jest bardzo duża, ale mam wrażenie, że jest ich tam aż tyle, tylko po to, aby dodać książce objętości. Co mi nie gra w oprawie graficznej – poplątanie z pomieszaniem.

Brak spójności: raz zdjecia niczym z nowoczesnych sesji zdjęciowych, a raz fotki rodem z czasopism sprzed 20 lat. Ale to jeszcze nic – obok zdjęć z serii beuty w większości prosto ze Stock’a, to na dodatek jakiejś abstrakcyjne szkice zawieracjące folkowy motyw roślinny, a dalej rysunki malowane chyba podczas lekcji sztuki w gimnazjum. Nijak to się kupy nie trzyma… Czy za tak na szybko odwaloną robotę warto wydać pięć ciężko zarobionych dych?

Podejście do czytelnika

Druga sprawa: czasami miałam wrażenie, że autorka zwraca się do czytelnika jak do małego dziecka. Że tłumaczy pewne rzeczy, które powinny być oczywistą oczywistością, niczym Niemiec jakiemuś auslanderowi… Wiem, że stopień wykształcenia w naszym kraju jest na słabym poziomie, ale jednak powiedzmy to sobie szczerze – totalny laik szuka najpierw informacji pośród znajomych, w google lub na fb, dopiero osoba chcąca poszerzyć swoje horyzonty sięga po książkę. A książka jest jednak napisana jak podręcznik dla pierwszoklasisty

Patrząc od strony merytorycznej, to tak jak już wspominałam, temat jest momentami potraktowany dość powierzchownie i mocno okrojony. Ja czułam duży niedosyt, bo lubię wiedzieć dokładnie jak coś działa i przyjrzeć się danemu tematowi pod każdym kątem, a nie tylko stwierdzić, że tak jest i już.

Poza tym denerwowało mnie prawie cały czas wspominane dwóch czy trzech witryn (zdaję sobie sprawę, że aurorka współpracuje z tymi markami), ale jak już polecać to może trochę więcej wartych uwagi produktów z dobrym składem, a nie głównie sklepy internetowe, hdzie znów trzeba przekopywać się przez masę produktów, żeby znaleźć dokładnie to czego szukamy?

Merytorycznie

No i ostatni mój zarzut, najważniejszy – brak rozdziału dla substancji, których w kosmetykach powinno się unikać, typu różne parabeny, wypełniacze i substancje, które mogą wywołać podrażnienie i ich nazw INCI, żeby łatwiej było się zorientować, które produkty są godne uwagi, a w których płaci się za markę i marketing, a ich skład wiele w pielegnację nie wnosi, bo jest ubogi w składniki aktywne. Bo wiem co w kremie ma być, ale to czego być nie powinno, zostało pominięte milczeniem.

Werdykt

To pozycja dla Ciebie jeśli nie masz jeszcze zielonego pojecia na temat pielęgnacji i gruntownie musisz przerobić podstawy. Zabrakło mi tutaj szerszego zagłębienia się w temat, jasnego pokazania pielęgnacji np. dla nastolatków, 20-, 30-latków i skóey typowo dojrzałej czy nawet już 60+. Za mało trików i wskazówek, odnośnie rozpoznawania potrzeb skóry noby też jest rozdział, ale żadnych konkretnych informacji poza ogólnie znanymi nie poznałam.

Czy warto kupić tą książkę? Jeśli wolisz czytać, zamiast np. obejrzeć kilkanaście filmików na YouTub’ie to tak. Jeśli jednak znasz już prawie całą zawartość YT na ten temat, to tylko głównie powielisz wiadomości.

Moja ocena: 3/5

Dodaj komentarz